I cóż, że o Szwecji – rozmowa z Natalią Kołaczek

Ta wiosna obfituje w książkowe debiuty naszych blogerów! Każdy sukces naszego blogera cieszy tak bardzo, jakby był osobistym sukcesem. W dzisiejszym wpisie zaprosiłam do rozmowy Natalię, którą możecie znać ze Szwecjobloga. Natalia po kilku latach studiowania i podróżowania do Szwecji postanowiła podzielić się swoim doświadczeniem i opowiedzieć innym o tym bliskim, choć tajemniczym kraju. W skrócie tak powstała książka „I cóż, że o Szwecji?”. Zapraszam serdecznie do wywiadu!

Natalio, witam Cię serdecznie na naszym blogu. Opowiedz nam trochę o sobie i o tym, od kiedy interesujesz się Szwecją?

Tak naprawdę pytanie o to, jak zaczęła się moja przygoda ze Szwecją i językiem szwedzkim, zawsze wprawia mnie w lekkie zakłopotanie – w moim przypadku nie było jednego przełomowego momentu, jednego spektakularnego wydarzenia, które skierowałoby moje myśli ku Skandynawii. Ale Północ zawsze była mi w jakimś sensie bliska, czy to przez dziecięce lektury, czy w związku z zainteresowaniem epoką wikingów z czasów szkolnych, czy późniejszymi fascynacjami muzycznymi. Tak naprawdę jednak najpierw zauroczył mnie język szwedzki, który stał się dla mnie kluczem do odkrywania Szwecji i poznawania Szwedów.

Mnie wikingowie zaintrygowali bardziej, gdy pojawił się serial na ich temat. Zastanawia mnie tylko, ile w nim prawdy, ale to już chyba temat na inną rozmowę. Opowiedz może, co spodobało Ci się w Szwecji najbardziej?

Nie byłabym sobą, gdybym nie powiedziała, że najbardziej zachwyca mnie właśnie język szwedzki! Za szczególnie intrygujące uważam szwedzkie złożenia, sammansättningar, długie słowa, które często bardzo precyzyjnie opisują otaczający nas świat. Od wielu lat interesują mnie pojawiające się w szwedczyźnie nowe słowa. Co roku o liście takich językowych nowości, publikowanej przez Radę Języka Szwedzkiego, raportuję na Szwecjoblogu, sporą garść takich przykładów z różnych dziedzin przemycam też w mojej książce. Tatusiowie latte (lattepappor), helikopterowe mamy (helikoptermammor), poglądowi Talibowie (åsiktstalibaner) i inne postaci całkiem sporo mówią o szwedzkiej rzeczywistości.

 

A tak poza tym, w Szwecji za każdym razem urzeka mnie panujący tam spokój. W dużej mierze to zasługa szwedzkiej mentalności, szwedzkiego podejścia do życia, ale myślę też, że kojąco działa na mnie także szwedzka przyroda. Kiedy jestem w Szwecji latem, uwielbiam wypady na wyspy archipelagu szkierowego, pozbawione ruchu samochodowego. To są dopiero oazy spokoju!

W języku niemieckim też mamy dużo złożeń, to chyba coś, co łączy „nasze” kraje. Czy jest jednak coś, co zaskoczyło Cię w kulturze tego kraju?

Mam wrażenie, że wiele rzeczy jest w stanie mnie zaskoczyć, bo gdziekolwiek jeżdżę, staram się być uważnym obserwatorem, chłonąć wszystko, co nowe, co inne. Z wieloma takimi niespodziankami ze Szwecji przeszłam już oczywiście do porządku dziennego, ale pamiętam, jak podczas pobytu na kursie językowym zdziwiła mnie częstotliwość picia kawy – kawa rozpoczynała nasz dzień, towarzyszyła podczas przerw w zajęciach i wieczornych spotkaniach, a przystanek na kawę w plenerze był obowiązkowym punktem weekendowych wycieczek. Dopiero później przyszło mi zrozumieć, jaką ważną pełniło to rolę, że jest to pewnego rodzaju społeczny rytuał.

Wracam też do wspomnianego przeze mnie już spokoju – nie raz, w różnych codziennych, prozaicznych, sytuacjach, które zapowiadały się na stresujące, od Szwedów słyszałam Ta det lugnt! „Spokojnie”, „Wrzuć na luz”. Jadąc do Szwecji po raz pierwszy, miałam w głowie obiegowe opinie o tym, jak chłodni są Szwedzi. Stąd pozytywnie zaskakiwały mnie wszystkie spontaniczne, drobne przejawy uprzejmości i niewymuszonej pomocy. Niektórzy skarżą się, że szwedzka serdeczność to pozory, że to tylko fasada. Mnie to akurat nie przeszkadza, uważam, że w codziennych, prozaicznych sytuacjach nawet takie „maski” mogą zdziałać więcej dobrego niż zaszkodzić.

Też tak uważam! Dużo łatwiej można się wtedy odnaleźć w innej rzeczywistości, w innym miejscu. Zwłaszcza, gdy w danym kraju pojawiamy się po raz pierwszy. A właśnie! Jaki region polecisz osobie, która wybiera się po raz pierwszy do Szwecji?

Szwecja to kraj bardzo rozległy i bardzo zróżnicowany, stąd też pewnie każdy mógłby znaleźć tu coś dla siebie. Ja na przykład nie lubię dużych miast, więc na pierwszy wyjazd do Szwecji polecałabym może nie tyle Sztokholm, co może raczej coś mniejszego; stolice zresztą generalnie mają swój własny, odrębny charakter.

Ze względu na dostępność połączeń lotniczych i promowych na pierwszy wyjazd do Szwecji poleciłabym Skanię, najbliższy nam geograficznie region, gdzie wiele jest sympatycznych miasteczek, jak chociażby znane dzięki komisarzowi Wallanderowi Ystad, powiew dynamicznego, miejskiego życia poczuć można w Malmö, doświadczyć studenckiego klimatu w Lund, przyjrzeć się historii z bliska dzięki kamiennej formacji Ales Stenar, zobaczyć, gdzie bergmanowski Rycerz grał w szachy ze Śmiercią, a poza tym odpocząć na plażach czy powędrować po parkach narodowych. Dobrym pomysłem może być też wizyta w regionie Småland, kojarzącym się z twórczością Astrid Lindgren i słynąca ze szkła. Sama zaś wielki sentyment mam do wciąż nieco niedocenianego Göteborga i zachodniego wybrzeża.

Same fantastyczne miejsca! Wiele z nich nawiązuje do popularnych w Polsce kryminałów skandynawskich. Zmieńmy nieco temat i porozmawiajmy o Tobie. Co Cię odpręża, czym zajmujesz się w wolnym czasie?                                                                          

Dom jest dla mnie zdecydowanie najbardziej odprężającą przestrzenią. To tu, u siebie, najszybciej ładuję swoje wewnętrzne akumulatorki. W wolnym czasie chętnie sięgam po książki – w biblioteczce wciąż mam wiele takich, które czekają na przeczytanie, a i tak cały czas przynoszę do domu kolejne, którym nie mogłam się oprzeć. Jeśli wolny czas spędzam w towarzystwie, to najczęściej nad planszówkami.

Tak jak ja! Mąż musiał mi nałożyć limity książkowe, żeby nasz dom nie zamienił się w ogromną bibliotekę. Skoro już o książkach mowa, zdradź nam, co Cię zainspirowało do napisania książki „I cóż, że o Szwecji”?

Inspirująca była przede wszystkim bezgraniczna, uskrzydlająca ciekawość moich kursantów, studentów i czytelników bloga.

Mam wrażenie, że mimo rosnącego zainteresowania Szwecją, jej obraz bywa czarno-biały, a mnie ciekawi wiele zjawisk, które dzieją się gdzieś pomiędzy, a także to, jakie znajduje to odzwierciedlenie w języku. Chciałam zmierzyć się z etykietami przypisywanymi Szwedom i odnieść się do uwag, z którymi się spotykam, kiedy wspominam, czym zajmuję się na co dzień. Miałam nadzieję dołożyć swoje trzy grosze do obrazu Szwecji i Szwedów, który wyłania się z artykułów w polskiej prasie i w serwisach internetowych. Oczywiście, dzieli nas nie tylko Bałtyk, ale warto pamiętać, że także i w szwedzkiej codzienności nie brakuje problemów większych lub mniejszych, mierzenia się z absurdami rzeczywistości, nadgorliwie traktowanych przepisów czy tradycji, niezrozumiałych nie tylko dla obcokrajowców, ale i dla samych Szwedów.

Mam nadzieję, że czytelnik potraktuje tę książkę jako swojego rodzaju zaproszenie – żeby nie tylko zajrzeć do Szwecji przez okno przedstawione na okładce, ale żeby też skonfrontować ją ze swoimi doświadczeniami, niezależnie od tego, ile o Szwecji już wie.

Przyznam szczerze, że jestem już po lekturze Twojej książki i bardzo mnie ona zaintrygowała. Odkryłam kilka ciekawych faktów, których nie znałam, a wydawało mi się, że uważnie czytam Twojego bloga. Fajnie było przenieść się wraz z Tobą do Szwecji i poznać ją Twoimi oczami.

Natalio, jak to jest wydać swoją pierwszą książkę?

Uczucie jest niesamowite, naprawdę!

Ale tak właściwie najwięcej emocji towarzyszyło czekaniu na pierwsze reakcje czytelników. Kilka lat w blogosferze przyzwyczaiło mnie do dość dynamicznego kontaktu z odbiorcą. Kiedy w sieci pojawia się wpis, czy to na facebookowym fanpage’u, czy na samym blogu, od razu można podawać go dalej, od razu mogą pojawiać się komentarze i toczyć dyskusje. Od momentu, kiedy złożyłam wydawcy maszynopis, nie mogłam się wręcz doczekać, kiedy i książka zacznie w pewnym sensie żyć swoim życiem. Zastanawiałam się, gdzie będzie czytana i kto po nią sięgnie. Pod tym względem tym miesiącom towarzyszyło chyba większe napięcie niż podczas samej pracy nad książką!

Jak wydałaś książkę? Czy był to self-publishing?

Wydaniem „I cóż, że o Szwecji” zainteresowało się Wydawnictwo Poznańskie. Bardzo mnie to ucieszyło – wydawnictwo dziś publikuje przede wszystkim literaturę faktu, ale w czasach studiów Wydawnictwo Poznańskie kojarzyło mi się głównie z „Serią Dzieł Pisarzy Skandynawskich”, znajdującą się na liście obowiązkowych lektur.

Nie był to self-publishing, miałam dzięki temu okazję utwierdzić się w przekonaniu, że zanim książka z rąk autora trafi w ręce czytelników, pracuje nad nią sztab ludzi (którym zresztą jestem ogromnie wdzięczna za okazaną mi przychylność).

Jak wyglądała praca nad książką, jak długo ją pisałaś? Poświęciłaś się tylko temu, czy miałaś czas jeszcze na inne projekty?

Książka nie była moim jedynym zajęciem – jestem doktorantką, więc kiedy wszystko ruszyło, pracowałam przede wszystkim nad moim projektem badawczym, prowadziłam zajęcia dla studentów na uczelni, kończyłam też pracę nad przekładem powieści „Korponinja” Larsa Berge. Pisanie książki traktowałam więc jako przyjemną odskocznię od codziennych obowiązków, a nie pracę. Taki tryb spowodował, że od momentu, kiedy napisałam pierwsze zdanie do czasu, kiedy złożyłam pełny tekst, upłynęło dobrych dziewięć miesięcy. Dużo, mało? Trudno mi to oceniać, ale na pewno włożyłam w ten proces mnóstwo serca.

Największa część książki powstawała podczas kilku miesięcy spędzonych w Szwecji – wtedy miałam też najwięcej okazji, by podsłuchiwać, podpatrywać i podpytywać Szwedów w rozmaitych sytuacjach.

Co było najtrudniejsze w pisaniu książki? Czy w ogóle sprawiało Ci to jakąkolwiek trudność?

Hmm… Tak jak mówiłam, pisanie książki sprawiało mi tak naprawdę niezłą frajdę, i to na każdym etapie jej przygotowywania: wyszukiwania i selekcji materiałów, wybierania zdjęć, samego pisania czy wszystkich spraw organizacyjnych w kontakcie z wydawcą, bo było czymś tak bardzo innym od wszystkiego, czym zajmuję się zawodowo i naukowo. W jednym z rozdziałów piszę o szwedzkich innowacjach – choć Szwedzi na koncie mają wiele przełomowych wynalazków, niestety nie wymyślili jeszcze sposobu na wydłużenie doby poza te dwadzieścia cztery godziny 🙂 To właśnie było chyba  największą trudnością, z którą przyszło mi się borykać.

O książce wiemy już sporo. Zdradź nam jeszcze, gdzie można zakupić ”I cóż, że o Szwecji”?

Książka jest dostępna w wersji papierowej oraz elektronicznej. Można ją kupić w wielu księgarniach, stacjonarnych i internetowych, jak na przykład Empik, Merlin, Bonito, Świat Książki czy Gandalf i oczywiście bezpośrednio w Wydawnictwie Poznańskim.

Na koniec mam jeszcze jedno pytanie. Jakich rad udzieliłabyś sobie, gdybyś miała napisać tę książkę jeszcze raz?

Na pewno jednej, najważniejszej: Ta det lugnt!  🙂 

Dziękuję za tą fantastyczną rozmowę! Życzę Ci kolejnych sukcesów w życiu prywatnym, zawodowym i blogerskim. A Was drodzy czytelnicy zapraszam na bloga Natalii: szwecjoblog.pl

Wywiad przeprowadziła Ola Jakubowska z Niemieckiej Sofy.

Reklamy

One thought on “I cóż, że o Szwecji – rozmowa z Natalią Kołaczek

  1. Jestem w trakcie czytania książki Natalii i nie ukrywam, że zachwycam się niemalże każdym zdaniem. Czytam jakbym smakowała nową intrygującą potrawę, powoli. Dla mnie, mieszkającej od niedawna w niedocenianym, jak wspomniała Natalia, a dla mnie pięknym Göteborgu, każda informacja, każde spostrzeżenie o Szwecji jest bardzo ważne i ciekawe.Bardzo interesujący wywiad. Dziękuję, autorce książki i autorce wywiadu. Pozdrawiam.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s